mój pierwszy raz… ósma czterdzieści pięć – żerań – odcinek pierwszy … jesteśmy z kumplem lekko spóźnieni… od razu mamy niezłą śmiechawę dotyczącą kontroli biletów – znaczy jej braku… szlajamy się po trasie szukając dobrej miejscówki… w końcu piękny zakręt… oczywiście po jego zewnętrznej wszystko zajęte głównie przez pomarańczowych ludzików… próbujemy się wciskać, ale nic z tego… cholerna prasa… stwierdzam, ze następnym razem będę chodzić na rzęsach, ale załatwię akredytację… dwadzieścia metrów za zakrętem druga grupa pomarańczowych… tym razem mocno przerzedzona – nie muszę chyba pisać dlaczego… pomiędzy nimi smakowicie wyglądające gęste krzaki… żadnego fotografa w środku nie widzę, wiec pewnie słabizna… ale co tam – póki co, nie mam nic do stracenia, wiec wbijam się do środka… kurtka od razu uwalona na maksa, ale miejscówka okazuje się super – tylko pół metra od samej trasy… oczywiście ochrona od razu mnie spostrzega i trzeba się cofnąć metr do tyłu… już nie jest tak
fajnie jak było, ale co tam – polak potrafi… świeżo rozwinięta foliowa taśma jest mocno elastyczna, zatem naciągam granicę… znowu jestem blisko… może nie tak jak wcześniej, aby mnie znowu nie wywalili, ale jednak – jeden metr mi wystarczy… kilka krzaków zostaje ręcznie wyrwanych i bezproblemowo mogę ogarnąć zakręt… samochody pięknie mijają łuk po wewnętrznej… im dłużej tam siedzę, zauważam, iż coraz więcej fotografów pojawia się za moimi plecami… miałem nosa – super miejsce… robi się coraz bardziej widowiskowo – większe fury z lepszymi kierowcami pokazują co potrafią… nogi mi drętwieją od ciągłej pozycji kucającej, ale co tam – jest dobre miejsce, więc trzeba to wykorzystać… szczególnie, że jak odejdę to zaraz ktoś zakosi mi miejscówkę… zatem tkwię tam, aby zobaczyć jak hołek i kuzaj będą przycinać zakręt… jestem zafascynowany z jaką prędkością kolejni pokonują to miejsce… wszyscy robią to bezbłędnie do momentu, gdy leci jakieś evo… starsza wersja, bo chyba szóstka, ale daje ostro… już podczas najazdu nie łapie go w kadr, bo idzie inaczej niż reszta… no właśnie – leci efektownym poślizgiem po zewnętrznej łuku… wszędzie jest pełno błota, wiec go trochę wynosi… aż za bardzo… widzę śmierć w oczach, jak stwierdzam, że leci centralnie na mnie… w ostatniej chwili cztery koła łapią przyczepność i przejeżdża niecały metr przede mną… niektórzy twierdzą, ze takie momenty widzi się w zwolnionym tempie… to nie było zwolnione tempo… ułamek sekundy… w tym samym momencie, gdy zauważam, iż evo nie trzyma się nawierzchni, jego karoseria już trze o gałęzie krzaków w których ja siedzę… ułamek sekundy później czuje jego spaliny na sobie, włącznie z błotem na twarzy, które wylatuje z pod kół w momencie, gdy łapie przyczepność… ułłłaaa – ale przeżycie… oczywiście wszyscy w tym samym momencie cofamy się o minimum metr do tyłu z tej cudownej miejscówki… chociaż ja to i tak po chwili wychodzę – za dużo wrażeń jak na pierwszy raz… wszystkie załogi w końcu zaliczają odcinek, wiec zwijamy się z kumplem do samochodu, aby dotrzeć na początek trzeciego odcinka – oesy są tak gęsto ustawione, ze nie ma możliwości obejrzenia wszystkich… w momencie wyjazdu z parkingu kumpel mówi, ze za nami jedzie hołowczyc… odwracam się i faktycznie… w tym samym momencie wyprzedza nas i daje ostro pod prąd, gdyż jedziemy w korku… to nic, że z naprzeciwka nadjeżdżają inne samochody… kumpel mówi, ze to normalka – muszą zdążyć na drugi odcinek, którego my nie jesteśmy w stanie czasowo ogarnąć… dojeżdżamy do cytadeli, ja z kanapką w ręce, bo było za wcześnie aby przed wyjściem zdążyć zjeść śniadanie… patrząc jak słabo był zabezpieczony żerań, stwierdzam, ze ubiorę samochodową pomarańczową kamizelkę… to nic, ze nie posiada wymaganych nadruków, ale może dam radę wbić się w typową prasową miejscówkę… niestety cytadela jakoś mi w ogóle nie podchodzi fotograficznie… w zasadzie pierwszy zakręt, do którego docieramy jest najlepszy… przechodzę po pozostałej części odcinka, ale nic ciekawego nie ma… wszędzie asfalt, więc ciężko coś ciekawego uchwycić, jeśli nie mogę się legalnie poruszać po całym obiekcie… odcinek piąty – bemowo… tutaj znowu zupełnie inna specyfika oesa… wyścig równoległy z mostami, na których samochody wylatują w powietrze… na szczęście mam drabinę, wiec mogę wyjść ponad tłum stojący przy barierkach… łapie parę kadrów i znowu mi się nudzi… ile można samochodów tak samo zawieszonych w powietrzu ująć… więc co – czyżby kolejny kijowy odcinek?… stwierdzam, ze albo uda mi się dostać za barierki, albo koniec na dzisiaj ze zdjęciami… ponad pół godziny kręcę się przy jedynym wejściu na tor… udaje się – wchodzę na pewniaka w mojej pomarańczowej kamizelce, jakbym to robił milion razy… rewelacyjne uczucie w momencie, gdy człowiek czuje iż pokonał system… w środku maksymalna śmiechawa – wszyscy reporterzy poruszają się jak w tańcu synchronicznym… samochód najeżdża na mostek… wszędzie słychać dźwięk superszybkich zdjęć seryjnych… w tym samym momencie wszyscy opuszczają sprzęt, odwracają się na pięcie i przenoszą się dziesięć metrów dalej, gdzie ten sam samochód nadjedzie ponownie w nowym miejscu… znowu wszechobecny dźwięk migawek i powrót na pierwotne miejsce… oczywiście tutaj już tylko profesjonalna prasa, wiec nikt sobie nie przeszkadza… jako, ze za dużo czasu nie zostało do końca, kombinuje jak mogę… z jednej strony nie chcę rzucać się w oczy, nie znając zasad tutejszego savoir-vivre’u, z drugiej – próbuje uchwycić jak najlepsze kadry… na bemowie są trasy szutrowe pomieszane z asfaltem, ale że czas nie jest moim sprzymierzeńcem, próbuje ogarniać tylko szuter… ponieważ nie lubię mieć takich samych kadrów jak pozostali, oddalając się od grupy, przyczajam się przy prostej na której samochody się rozpędzają… już przy pierwszej próbie uchwycenia akcji mam koleją fascynującą przygodę… nadjeżdżający samochód wyskakuje z mostka, ląduje na kołach i daje czadu na mojej prostej, aby jak najlepszy czas wykręcić… ponieważ ostro dał w palnik, nosi go po całej luźnej nawierzchni… dokładnie przy mnie jest delikatny łuk na którym trochę go znosi… wystarczająco na tyle, aby przejechał po małej górce szutru, usypanej przez wcześniejszych kierowców…jego czteronapędówka wrzyna się oponami we wspomniany nasyp… ogromna chmura nawierzchni leci w moją stronę… czuję dość potężny cios w plecy, na szczęście zamortyzowany przez plecak ze sprzętem… widzę sporo różnej wielkości mijających mnie kawałków… małe drobinki lądują w mojej czuprynie… trafiają nawet pod ubranie, pomimo, iż jestem w grubej kurtce… po powrocie do domu nawet w butach je znalazłem… dobrze, ze w momencie, gdy samochód mnie mijał, odwróciłem się… dobrze, ze największy kawałek sklejonego szutru trafił jedynie w mój plecak… w ogóle miałem niezłego farta… w momencie gdy wszystkie kawałki opadły zobaczyłem zszokowane miny innych reporterów… naprawdę musiało to nieźle wyglądać… ciekawy jestem ile takich przygód mają zawodowi reporterzy, biorąc pod uwagę, iż był to mój pierwszy raz z takim tematem…
Tag Archive for 'wrc'
rajd barbórka 2007
2008/03/02 18 Comments
Published by Lukasz Sowa / FunBoy on 2008/03/02 in categories reportage and sport. Tags: barborka, fotograf warszawa, rajd, reportaz, samochod, warszawa, wrc.
Copyright Info
All content on this site is protected by copyright law and may not be copied, used, modified or published without owner's permission.
Lukasz Sowa 2007-2010.
All Rights Reserved
Linki
Tags
80/2
645
afryka
analog
b/w
backstage
bilard
carl zeiss
cocu magazine
contax
Elite Model Look
fashion
fotograf slubny
fotograf warszawa
funboy
hotel
ja
kasia gurak
kenia
koncert
lukasz sowa
marriott
melanz
moda
model
morning espresso studio
panorama
peter beard
portret
redbull
rembertow
reportaz
reportaz slubny
show
slub
snowboard
sport
street
studio
Warsaw Fashion Street
warszawa
wesele
wojna poduszkowa
zima
znojek











